Moje macierzyństwo
Wizja małej,
słodkiej istotki, nakarmionej, utulonej, śpiącej smacznie w swoim maleńkim
łóżeczku. Czasem zakwili, ale to nic wielkiego, przecież jestem w pobliżu,
pogłaszczę, powiem czułe słowa, przytulę. Śpi dalej. Mieszkanie już od tygodni
przygotowane. Posprzątane do granic możliwości, świeci czystością. W komodzie
leżą równo ułożone, świeże ubranka, posegregowane pod względem rodzaju i
wielkości (a może nawet według koloru?).
Półka przewijaka przygotowana na każdą okoliczność, zaopatrzona w
pampersy, pieluszki, kremy, waciki i inne niezbędne przybory toaletowe. Wkrótce
zaczyna się przygoda, na którą tak długo się czekało, do której tak bardzo się
przygotowywało, o której tak wiele się rozmyślało. Teraz, niespełna półtora
roku po tym przełomowym dniu, szczerze przyznam, że tak naprawdę nie wiem, jak
sobie to wszystko wówczas tak naprawdę wyobrażałam. Jeśli jakieś wyobrażenie
miałam, to z pewnością prysło zaraz po rozwiązaniu, kiedy już doszłam do
siebie, a Maleństwo dostałam do rąk. I każde kolejne doświadczenie z dzieckiem
było jak pękająca mydlana bańka ulotnych przekonań.
Na przykład takie,
że dla niemowlaka ssanie jest czymś naturalnym. Oczywiście – jest, tyle tylko,
że czasem okazuje się, że ssie, a nic nie je.
Inny przykład – mówiono, że najedzone dziecko usypia. Rzeczywiście, najadło
się, usnęło, tylko czemu wybudza się odłożone do własnego łóżeczka. Bujanie,
noszenie, przytulanie, karmienie uspokaja. Tylko dlaczego moje dziecko nadal
płacze. Nieraz zastanawiałam się, skąd będę wiedziała, jaki jest powód płaczu.
Słyszałam wtedy, żeby się nie martwić, bo jako mama będę wiedzieć. Tak jakby
macierzyństwo miało zaopatrzyć mnie w jakąś tajemną wiedzę. Tymczasem nic bardziej mylnego. Zostałam mamą i będąc z tą małą,
bezbronną istotą czułam się, jakbym sama była dzieckiem, do tego błądzącym we
mgle. Niedługo po narodzinach usłyszałam wypowiedź, jak cudowna jest więź
między matką i dzieckiem, a zaraz potem pytanie, jak ja to odczuwam. Cóż, nie
odczuwałam wówczas tego w ten sposób. Przeciwnie, czułam, że się jeszcze nie
znamy. Że dopiero siebie odkrywamy.
Musiał
minąć czas. Dzień po dniu pękały bańki, a kiedy pękła ostatnia, odsłoniła się rzeczywistość,
która przerosła moje oczekiwania. Usunięcie z drogi wszelkich wyobrażeń, książkowych
powinności oraz wszelkich rad dało mi możliwość otwarcia się w pełni na tego
Małego Człowieka.
Dziś Witolo
jest niespełna półtoraroczniakiem, a ja mamą z niespełna półtorarocznym stażem.
Spędzony wspólnie czas stworzył między nami niesamowitą więź i relację. Wciąż
siebie poznajemy, wciąż się siebie uczymy. Obserwacja rosnącego malucha daje
dużo radości , ale także przemyśleń oraz otwiera na mnóstwo pomysłów spędzenia
wspólnie czasu. Tymi pomysłami chciałabym się podzielić.


Komentarze
Prześlij komentarz